Przystankowe świadectwo 2004

pj_2004_2009_ico
Relacja z Przystanku Jezus 2004.

 

pj2004

 

Ci którzy wchodzili na moją stronę na przełomie lipca i sierpnia br. nie mogli nie zauważyć informacji o ewangelizacji na Przystanku Woodstock. Wtedy też pisałem, że po powrocie z wakacji postaram się zamieścić relację. Z wakacji wróciłem, więc czas pozbierać myśli o tym co się wydarzyło… Wielu znajomych pytało mnie „No i jak było na Woodstocku?”, a ja nie potrafiłem odpowiedzieć w jednym zdaniu, a odpowiedź: „Spoko!”, „Fajnie!” czy coś w tym stylu nie jest przecież zadowalająca. Więc relację tę piszę w pierwszym miejscu dla siebie samego, żeby sobie poukładać to w czym dane mi było uczestniczyć, co mogłem zobaczyć i czego doświadczyć…

Ile cudów uczyniłeś dla nas, ile planów w których Tobie nie dorówna nikt!

Zacznijmy od początku, czyli dlaczego w ogóle chciałem jechać tam do Kostrzynia…? Zaczęło się wszystko ponad dwa lata temu na wiosnę 2002 kiedy w czasie Namiotu Spotkania (forma medytacji praktykowana w Ruchu Światło-Życie) podczas rozważania fragmentu któregoś z listów Pawłowych odczułem bardzo wyraźnie że Jezus chce abym pojechał na Przystanek Jezus 2002 do Żar (od zaistnienia tej inicjatywy w 1998 roku, interesowałem się nią), i udało się to. Tamten Przystanek, różnych od innych (własny namiot, scena, koncerty, był też najliczniejszy w dotychczasowej historii) był dla mnie ogromnym przeżyciem i już wtedy zrodziło się w moim sercu pragnienie aby jeszcze tu przyjechać… No, ale krótko po Przystanku czekały mnie duże zmiany życiowe związane z rozpoczęciem życia w Zgromadzeniu. Jednak to doświadczenie pozostało i jakoś żyło we mnie. Miałem świadomość, że najwcześniej uda mi się pojechać właśnie w roku 2004 (w nowicjacie taki wyjazd jest niemożliwy). Jednak żywo interesowałem Inicjatywą odbywającą się w Żarach w 2003 r. a Pan dawał mi znaki że chce abym się w nią angażował w przyszłości. I tak życie posuwało się do przodu… Przyszła wiosna 2004 i trzeba było rozpocząć przygotowania. Z Pieniężna miało nas początkowo jechać większa grupka, ostatecznie pojechało nas dwóch. Kiedy z moim współbratem Andrzejem planowaliśmy wyjazd, byliśmy przygotowani na to, że może będziemy musieli pojechać na PJ w czasie własnych wakacji. Było dla nas dużą radością kiedy od przełożonych otrzymaliśmy kilka dodatkowych dni na wyjazd – dla mnie był to znak Bożego błogosławieństwa.

Wstań, wstań – nie lękaj się, zrób ten krok On wyzwoli Cię!

I tak 26 lipca rano ruszyliśmy w drogę do Kostrzyna. Według starej tradycji wziąłem jakąś Dobrą Muzykę w podróż. Słuchając szczególnie płyty „Generation X” Houka tak sobie myślałem co też Pan przygotował dla nas… W końcu dotarliśmy na miejsce pod kościół NMP Matki Kościoła w Kostrzyniu. Załatwiliśmy formalności rejstracyjne, rozbiliśmy namiot i w końcu przyszedł czas na Eucharystię… Gdy tylko wszedłem do kościoła i zacząłem się modlić od razu uświadomiłem sobie, że to wielka łaska tu być. Kilka znajomych osób miało pragnienie przyjazdu ale tak się złożyło, że w końcu nie mogło przybyć. Ksiądz biskup Edward jak zawsze rozpoczął mocnymi słowami: o przygotowaniu serca, o oczyszczeniu go. Do mnie też dotarło, że muszę podjąć najpierw wysiłek nawracania się, przede wszystkim z pychy serca aby móc szczerze mówić z innymi o Bogu i zbawieniu jakiego dokonał Jezus. Miałem w świadomości słowa Jana Pawła II z encykliki Redemptoris Missio poświęconej ewangelizacji: „Nie możemy przepowiadać nawrócenia, jeżeli my sami nie nawracamy się każdego dnia” [RM 47]. To moje przekonanie Pan potwierdził nazajutrz rano, kiedy przyszedłem aby pomedytować nad słowem Bożym nim rozpoczną się modlitwy poranne. Zacząłem rozważać słowa z czytań liturgicznych. Pierwsze było z księgi Jeremiasza i w nim właśnie Pan wskazał mi co najpierw muszę uczynić nim czegokolwiek się podejmę. Oto fragment słowa: „Dlatego to mówi Pan: Jeśli się nawrócisz, dozwolę, byś znów stanął przede Mną. Jeśli zaś będziesz wykonywać to, co szlachetne, bez jakiejkolwiek podłości, będziesz jakby moimi ustami.” [Jr 15,19]

I te pierwsze dwa dni to były dni odnowy wewnętrznej. Wspólna modlitwa z siostrami i braćmi – oddawanie chwały Panu, celebrowanie Eucharystii. Wszystko to było czasem otwierania swojego serca na Ducha Świętego. Jednym z moich najważniejszych doświadczeń tego czasu to prawda o niesamowitej mocy która płynie z uwielbienia Imienia Pana oraz doświadczenie w jego czasie jak gorąca i głęboka jest miłość Jezusa do każdego człowieka. O takiej miłości która przewyższa wszelką wiedzę mówi św. Paweł (Ef 3,19). Mam głęboką świadomość, że bez żywego i szczerego uwielbienia Pana nigdy nie mielibyśmy odwagi iść do ludzi z Woodstocku.

W środę 28 lipca po południu ruszyliśmy na pole woodstockowe. Wcześniej, na zakończenie Eucharystii, każdy otrzymał indywidualne kapłańskie błogosławieństwo na czas ewangelizacji. Po kilku kilometrowym marszu dotarliśmy na miejsce i rozbiliśmy się na tyłach byłego poligonu na którym odbywał się Przystanek. Szybkie rozmieszczenie „ludu” i oficjalne rozpoczęcie ewangelizacji poświęceniem krzyża przez księdza biskupa a potem tradycyjna już pieśń: „Jezus zwyciężył! To wykonało się! Szatan pokonany, Jezus jest Panem! Alleluja! On jest Panem ziemi tej!”. I trzeba było wyruszyć drogę do serca człowieka…

Diabeł jak lew ryczący krąży…. Mocni w wierze, przeciwstawcie się jemu!” [1 P 5,8-9]

Mam bardzo wyraźnie w pamięci nasze pierwsze wyjście. Poszliśmy z Andrzejem zaraz po ujściu kilkudziesięciu metrów od naszej wioski zauważyło nas dwóch pijanych chłopaków w „metalowych” koszulkach. Gdy nas zobaczyli, zaczęli krzyczeć na nas: „szatany!” i coś tam jeszcze, już nie pamiętam dokładnie co. Ale krzyczeli głośno i trochę przeraźliwie. I ogólnie to pierwsze wieczorne wyjście było nacechowane dość negatywnym odbiorem naszej obecności. Wyjątkiem były dwie dziewczyny, które gdy nas zobaczyły – przybiegły i spytały „Jesteście już? Gdzie jesteście rozłożeni?”, to był znak nadziei – są ludzie którzy na nas czekają…

Po powrocie jeszcze tylko Apel Jasnogóski i wieczorne uwielbienie przy krzyżu. Ksiądz dowodzący na polu dodawał nadziei: „Teraz jest wiele okazji aby się bać. Nie bójcie się!” Kiedy jeszcze na przystanku myślałem sobie o naszym pierwszym wyjściu to doszedłem do wniosku, że to wszystko co nas spotkało, to było właśnie ryczenie szatana, aby nas przestraszyć. I ku mojemu zdziwieniu kiedy po powrocie do Pieniężna rozmawiałem z jednym ze współbraci którzy byli w ubiegłych latach na PJ to też opowiadał o swoim pierwszym wyjściu, i miał podobne przeżycia – najwięcej agresji spotkało go na początku.

Zostać dealerem…. Dobrej Nowiny!

Od czwartku ruszyliśmy „pełną parą”. Dzień zaczynaliśmy pielgrzymką do Kostrzyna, na poranne uwielbienie i śniadanie potem znów na pole i pod wieczór powrót na coś do zjedzenia i Eucharystię i … znów na pole ;). To tak ramowo. Od czwartku zaczęliśmy chodzić w innych „parach”: „świecko-duchownych”, tak chyba było lepiej…

No i zaczęły się rozmowy, od prostych i banalnych do bardzo ważnych, rzekł bym: egzystencjalnych. W któryś dzień, bodajże na jutrzni ks. Artur Godnarski (jeden z „dowódców” ;) na PJ) w homilii mówił, że na pewno nosimy już w naszym sercu imiona osób które spotkaliśmy. Wtedy w duchu mu przytaknąłem. Miałem taki zwyczaj w czasie ewangelizacji, że każde spotkanie z drugim człowiekiem starałem się rozpoczynać od pytania o jego imię. Niektórzy nie chcieli aby do nich mówić po imieniu, woleli ksywy, innych bardzo dziwiło, że w ogóle zadaję takie pytanie. Wydaje mi się, że ludzie uciekają czasem od swego imienia, bo uciekają od samych siebie. Wolą ksywę, która jakby mówiła o innym życiu a nie konkretnego: Jacka, Łukasza, Piotrka, Adama, Marcina, Damiana. Wymieniłem te imiona, bo to są właśnie osoby które w mojej pamięci i moim sercu najbardziej się wyryły… Może podzielę się z Tobą spotkaniami z niektórymi z nich…

No ale powiedz mi: czy ty na prawdę wierzysz? Całym sobą?”

To była noc z czwartku na piątek. Miałem wtedy nocny dyżur na polu i przypadło mi w udziale pilnowanie krzyża. I gdzieś tak ok północy przyszło dwóch chłopaków, dość rosłych z browarami pod pachą. I nawiązała się krótka rozmowa, która przerodziła się w około dwugodzinną dość poważną rozmowę. Byli to ludzie, którzy wcześniej mieli bliżej do czynienia z „ludźmi Kościoła” bo byli lektorami, ale odrzucili Kościół, a jeden z nich nawet negował istnienie Boga. Byli poranieni przez różne doświadczenia życiowe. Ale szczegóły tej rozmowy nie są tu istotne. Chciałem się tylko podzielić jednym momentem który mnie bardzo poruszył. Jeden z nich,\ Piotrek (nosił ksywę „szatan” i nie chciał powiedzieć swego imienia, ale ostatecznie powiedział), kiedy rozmawiałem już rozmawiałem z nim dość długo, zapytał się mnie: „Ale powiedz mi, czy ty k….. naprawdę wierzysz? Całym sobą?”. To pytanie zadał mi dwukrotnie. Chyba na zawsze zapamiętam jego wzrok kiedy o to pytał. Jestem przekonany, że jego pytanie dosięgało samych fundamentów jego egzystencji. Tak sobie teraz myślę, że my „wierzący i praktykujący” często przechodzimy nad zagadnieniem naszej wiary „tak sobie”, podczas gdy dla innych jest to niesamowicie poważny egzystencjalny problem…

Nasza ostatnia wyprawa ewangelizacyja w sobotnie popołudnie, utrwalona dzięki niejakiej Kaśce z Wrocławia.

Drugie spotkanie, miało miejsce obok „Pokojowej wioski kryszny”. Było to w ciągu dnia. Byłem pochodzić po polu z jedną z dziewczyn z PJ, która szukała kogoś „do pary”. I tak po jakiejś godzinie chodzenia mieliśmy tę rozmowę. Na początku było to dwóch chłopaków, ale jeden z nich wyskoczył po browar dla nich i nie było go prawie przez cały czas naszej rozmowy z Łukaszem – drugim z nich. Nieobecność jego kumpla dała bardzo dobrą sposobność do bardzo szczerej rozmowy (jestem przekonany, że to nie przypadek, bo kiedy kończyliśmy rozmowę, akurat to dopiero wrócił ten kumpel…). Łukasz należał kiedyś do oazy, również stał się niewierzącym, sam chciał decydować o swoim życiu. Ale w całej tej naszej rozmowie były dla niego, jak mi się wydaje, dwa odkrycia: pierwsze to prawda że Bóg szuka grzesznika aby go uratować – zbawić. Kiedy pojawiło się tego typu stwierdzenie, usłyszałem odpowiedź: „Stary, co ty mi mówisz? To jest chrześcijaństwo? Moja babcia zawsze mówiła mi co innego! Są dobrzy i źli – jedni pójdą do nieba a drudzy do piekła”. Drugim zdziwieniem była prawda o ludzkiej wolności dzięki której możemy opowiedzieć się za, lub przeciw Bogu – nawet w ostatecznej chwili wyboru jakim jest nasza śmierć, nawet wtedy, kiedy mamy poznanie jak niesamowitą Miłością jest Bóg, nadal mamy wybór – „tak” lub „nie”… „Aż tak jestem wolny?” – w jego głosie wyczuwało się, że jest tym bardzo zdumiony jak dalece Bóg pozostawił nam wybór.

Z uporem szukam dobra w człowieku…

To parafraza słów Guya Gilberta, „księdza od bandziorów” pracującego we Francji z ludźmi tzw. Marginesu. Jak sam mówi o sobie: „Żyję w najtrudniejszym ze światów”. Ksiądz biskup w tym roku wielokrotnie stawiał go za przykład, bo jak mówił: „W Europie nie ma lepszego wzoru ewangelizacji”. I tak mogę powiedzieć o tych spotkaniach z ludźmi z Woodstocku – to było szukanie dobra w człowieku.

Wkurza mnie generalizacja, że na Woodstocku jest sama „dzicz” i dewiacje. Oczywiście, że nie zgadzam się z wieloma rzeczami, które się tam dzieją, jest tam wiele grzechu, wiele spraw na które gdy się patrzy to człowiek smutnieje. Ale nie można mówić, że wszyscy którzy tam przyjeżdżają to „ta gorsza część młodzieży”. Wielu naprawdę okazywało nam wiele życzliwości. Często są to jak mówił kiedyś Maleo „owce w wilczej skórze” – nie należy ich się bać. Z wielu przyczyn zachowują się tak jak się zachowują, my nie znamy ich życia, bardzo często naznaczonym wieloma ranami i brakiem miłości.

Przez cały czas Przystanku starałem się patrzeć na nich tak jak by Jezus na nich patrzył gdyby chodził po ziemi. I doświadczałem tego że ON nam w tym błogosławi, bo przecież chce każdego przygarnąć do swego Serca…

Oto Kościele jest czas abyś powstał i głosił: Jezus nasz Odkupiciel i Pan!

Doświadczenie Przystanku, to również doświadczenie żywej wiary wspólnoty Kościoła. Na pewno ta inicjatywa jest wyjątkowa w skali Polski, myślę że również w skali europejskiej. Powiem szczerze, sam doświadczyłem łaski odnowy wiary i zapału ewangelizacyjnego. Wiem, że to łaska od Boga, ale posługiwał się On ludźmi. Naprawdę byłem bardzo uradowany, widząc tylu młodych którym naprawdę zależy na tym aby inni poznawali Jezusa. Szczególnie siostry i bracia z mojej grupy ( „14” ;) ) bardzo im jestem wdzięczny za świadectwo wiary i gorliwość… Sam czasem zawstydzałem się przed samym sobą jak wiele rzeczy mi spowszedniało a dla nich były one bardzo istotne. Jeszcze raz na nowo doświadczyłem prawdy która została wyświechtana w różnych wypowiedziach, naukach itp. Chodzi o stwierdzenie Jana Pawła II z cytowanej już encykliki że: „wiara umacnia się gdy jest przekazywana” [RM 2].

Doświadczenie celebracji Eucharystii, ze śpiewem uwielbienia, tańcem było dla mnie bardzo wielkim pokrzepieniem. Wielką radością było też dla mnie zaszczyt niesienia darów ofiarnych w tańcu na Eucharystii kończącej Przystanek Jezus 2004.

Jeszcze raz na nowo doświadczyłem tej prawdy o Jezusie, Zmartwychwstałym Panu, który nieustannie obdarza łaską Nowego Życia coraz to więcej osób. Chwała Mu za to!

Now, I wake up now!

Każdy Przystanek to niesamowity czas… Może chciało by się, aby taki czas trwał dłużej… Ale kiedy sobie tak ostatnio myślałem na ten temat, tak to zrozumiałem (pewnie nie o własnych siłach…). Przystanek jak sama nazwa wskazuje jest czasem krótkiego przebywania, jeśli przystajemy w drodze, to po to aby nabrać sił. I myślę, że tak też jest z „Przystankiem Jezus”. Pan daje nam takie chwile aby nas odnowić i okazać z wielką mocą swoją miłość i miłosierdzie. Jednym z „hitów” muzycznych tegorocznej inicjatywy była spolszczona piosenka M.W. Smitha o bardzo radosnym refrenie: „Na zawsze Bóg jest wierny, na zawsze mocy jest, na zawsze Bóg jest z nam, na zawsze!!!”. Jego wierności i tego, że jest On Emmanuelem dane mi było w tym czasie doświadczyć.

Kiedy wracałem z Kostrzyna jadąc na wakacje do rodzinnej Dębicy nocowałem w naszym domu nowicjackim w Chludowie. W krótkiej rozmowie kilkoma moimi współbraćmi nowicjuszami, jeden z nich mnie zapytał: „No, i co? Ilu nawróciłeś?”. A ja od niego: „Wiesz co, w sumie to sam się nawróciłem, ale to chyba największe dzieło, bo wiesz jak siebie jest trudno nawrócić…?”.

Przystanek się skończył już jakiś czas temu, ludzie którzy na nim byli zachowali w sercu to doświadczenie. Ktoś się może zapytać: I po co robić takie akcje. To jest działanie dorywcze. Bo przecież z ponad 90% wszystkich ludzi których spotkaliśmy i z którymi rozmawialiśmy nie będziemy mieli kontaktu. Czy takie rozmowy w ogóle coś zmienią?

Nie wiem czy zmieniają. Pan na pewno się tym posłuży. Więc po co Przystanek? Odpowiem słowami jednego z „duchowych ojców” mojej wiary sł. Bożego ks. Franciszka Blachnickiego:

„Światłość Chrystusa musi być głoszona, musi dotrzeć to wszystkich ludzi, żeby wszyscy ludzie zaczęli chodzić w tym świetle, żeby przez Ewangelię światło padło na życie ludzi, żeby zrozumieli sens swojego życia, żeby umieli je przeżywać w nadziei, która rodzi pokój i głęboką radość”[Krościenko, 28 VI 1980r.]. I tylko po to i aż po to Przystanek Jezus, także ten w Roku Pańskim 2004…

5 września 2004, 23 niedziela zwykła

Wigilia Święta Przemieniana Pańskiego


(612)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *