Przystankowe świadectwa 2005

pj_2004_2009_ico
Relacja z Przystanku Jezus 2005.

 

pj2005

Odpowiedź na wezwanie…

Idźcie więc na rozstajne drogi i zaproście na ucztę wszystkich, których spotkacie.” [Mt 22,9] Te słowa znajdują się we fragmencie Ewangelii, którą Kościół daje do rozważenia w dziś kiedy zaczynam pisać moje świadectwo po przeżyciu ewangelizacji na Przystanku Woodstock czyli o udziale w Przystanku Jezus 2005 (aktualnie oficjalna nazwa to „Młodzi-Młodym” aczkolwiek będę używał tej wcześniejszej pod skrótem PJ).

Myślę, że w takich kategoriach trzeba patrzeć na uczestnictwo w PJ. To nie my się wybieramy, to On daje natchnienie aby jechać, stwarza możliwości wyjazdu i udziela łaski aby iść z odwagą… Wielu z tych którzy już kiedyś byli nie przyjechali w tym roku, z różnych przyczyn. Ten Przystanek był o tyle specyficzny, że połowę a może i nawet nieco więcej stanowili Ci, którzy na ewangelizację przyjechali po raz pierwszy. To by było tyle tytułem wstępu, teraz przejdźmy do konkretów czyli zapraszam do przejrzenia…

…notatnika nieużytecznego sługi…

Idę Panie mój, idę ja sługa Twój, idzie cały lud, idzie zobaczyć cud! [Good Religion „Idą,idą”]

Na tegoroczny PJ przyjechałem z małym poślizgiem, dojeżdżając do południa drugiego dnia. Wcześniej czekała mnie jakże miła 13 godzinna podróż pociągiem. W sąsiadujących przedziałach jechali już woodstockowicze, którzy nie siedzieli jak potulne baranki, co wywoływało lekki przestrach o moich współtowarzyszy podróży – dwoje starszych państwa. Chyba trochę się zdziwili jak powiedziałem „Chyba wiem gdzie jadą, bo jadą tam gdzie ja – do Kostrzyna na Woodstock”. Tu lekko oniemieli – coś im nie zagrało, bo raczej nie wyglądałem na rasowego woodsctockowicza (Pani widząc na półeczce przy oknie brewiarz, nawet wchodząc powiedziała „Szczęść Boże!” :) ). No i tu rozpoczęła się rozmowa o Woodstocku i ewangelizacji itp. Z początku raczej sceptyczni co do takiej formy obecności Kościoła, w końcu chyba choć trochę zrozumieli sens naszej inicjatywy…(Na pożegnanie miły Pan życzył mi nawet kilku nawróceń :) ). Tak dotarłem do celu podróży – stacja Kostrzyn – a potem Kościół Maryi Matki Kościoła. Od razu spotykam starych znajomych i czuję się jak w domu. Okazało się że zapowiadana włoska wspólnota nie dotarła i rekolekcje przed ewangelizacją wygłosi bp. Edward Dajczak. No i się zaczęło… Zmian było więcej. Już na początku informacja, że w tym roku nie przenosimy się na plac aby tworzyć tzw. „chrześcijańską wioskę” – będzie tylko kilka namiotów a specjalne 4 grupy będą miały 6 godzinne dyżury na naszym skrawku ziemi. Dość szybko zostałem wcielony do tychże „oddziałów specjalnych” (gr. 12 – pozdrowionka!:) ). Była potrzeba, aby ktoś ze specjalnych grup zamieszkał na placu – nie mogłem przegapić takiej okazji :) (tym bardziej, że jako spóźniony jeszcze się nie rozbiłem koło kościoła). Tak, Opatrzność stworzyła mi możliwość aby…

być bliżej człowieka…

Starzy misjonarze mówią, że ten kto przybliżyć ludziom Dobrą Nowinę powinien być blisko nich. Więc bardzo się ucieszyłem, że mam tę możliwość by żyć tam gdzie Ci do których wychodzimy… Z racji przynależności do ww. grupy specjalnej nie miałem zbytnio okazji chodzić do ludzi mieszkających na polu, ale ze to na tym Przystanku wyjątkowo w wielu ważnych rozmowach mogłem uczestniczyć na „naszym” terenie…

Kiedy skończyły się rekolekcje naszedł czas aby iść na pole woodstockowe. Każdoroczne rozpoczęcie ewangelizacji na placu rozpoczyna się poświęceniem naszego krzyża – to swoiste drugie „zawiązanie” wspólnoty na PJ. W tym roku po raz pierwszy w historii PJ odbywało się to w strugach deszczu (co nie przeszkadzało naszym śpiewom i tańcom ;) ). Deszcz był na tyle mocny, że po czasie uwielbienia pod krzyżem zapowiedziano powrót do bazy (na całe szczęście w tym roku 5 km odcinek drogi nie musieliśmy pokonywać pieszo, za sprawą „naszego” autobusu). Ja również wróciłem na kolację i adorację Najświętszego Sakramentu. Gdy tak sobie klęczałem w wypełnionej po brzegi kaplicy adoracji taka mi myśl przyszła do głowy, że chyba Jezus zesłał deszcz po to abyśmy jeszcze bardziej napełnili się Jego miłością (aż na usta ciśnie się piękna pieśń czasem śpiewna na PJ: „Let in rain! Open the floodgates of heaven! [Ześlij deszcz! Otwórz bramy nieba!] ) – widocznie nasza wspólnota tego potrzebowała, dlatego Pan nas zabrał z pola przed swoje żywe Oblicze! Rok temu bp. Dajczak mówiąc o naszej nieustannej adoracji Najświętszego Sakramentu powiedział, że to właśnie tu toczy się walka o człowieka. Na medytacji rozważałem słowa Ewangelii jak to „ludzie przynosili do Niego” wszystkich chorych i opętanych. I wtedy zrozumiałem, że niewielu przyjdzie się spotkać z Jezusem na modlitwie przy krzyżu, w sakramencie pojednania, na naszej Eucharystii. Ale to ja mam przynosić Jezusowi tych których poznam w czasie rozmów… Tak nadszedł czwarty dzień…


Jak Henoch z Tobą Panie chodzić chciał, tak z Tobą chodzić chcę. Jak Paweł swoje kroki Tobie dał, tak ja oddaję kroki swe!

Może niektórzy zauważyli, że jak piszę o ewangelizacji na PJ to używam stwierdzenia, że to Jezus chodzi po polu woodstockowym. Bo według mnie nasza ewangelizacja to dotrzymywanie kroku Jezusowi – chodzenie za Nim. My możemy tylko otwierać się na Ducha (przeczytajcie w Dziejach Apostolskich, jak Duch Święty prowadził kroki Apostołów).

Od czwartego więc staraliśmy się dotrzymać kroku Jezusowi. Nie tylko chodząc po polu fizycznie ale także wspólnie ze spotykanymi ludźmi w czasie ewangelizacji odbywaliśmy podróż w ich historię życia, często bardzo bolesną. Ewangelizacja w sumie trwała tak licząc tylko ok. 3 doby. Działanie Ducha Świętego było jednak bardzo intensywne i sam tego doświadczyłem. Z tych „przystanków” jak dotąd ten obfitował w spotkania. Może podzielę się z Tobą Drogi Czytelniku niektórymi spotkaniami. O pierwszych dwóch osobach o których napiszę a z którymi rozmowa jakoś bardzo utkwiła mi w pamięci mógłbym powiedzieć jak kiedyś Jezus do jednego z uczonych:

 

Niedaleko jesteś od królestwa Bożego…” [Mt 12,34]

Pierwszą z tych osób był Andrzej, którego spotkałem w czasie jedynej dla mnie wyprawy ewangelizacyjnej. Poszliśmy ekipą i na drugim końcu pola woodstockowego tam dopadła nas jakaś grupka, w której był Andrzej – zaprosił mnie do swojego namiotu nieopodal. Rozmawialiśmy jakieś dobre pół godziny – Andrzej był bardzo otwartym człowiekiem, jak mówił, trochę się pogubił i chciałby wrócić. Umówiliśmy się że nazajutrz przyjdę po niego i pójdzie do spowiedzi – zgodził się. Z doświadczenia wiem, że z takim umawianiem się na Woodstocku to jest raczej kiepsko, ale jakoś po tej rozmowie byłem wewnętrznie przekonany że chyba tym razem będzie inaczej – i rzeczywiście było. Andrzej po dłuższej rozmowie z kapłanem wyspowiadał się. Alleluja!

Druga osoba to Bartek. W sumie to do tej rozmowy zostałem zaproszony przez moich przyjaciół z Nowej Soli (których korzystając z okazji pozdrawiam ;) ). Wydawało się że to będzie taka normalna rozmowa… Bartek już dzień wcześniej rozmawiał z ewangelizatorami z PJ i był nawet na naszej Eucharystii, potem był na rozmowie w „Pokojowej wiosce Kryszny”. Bardzo szczerze szukał Prawdy… W rozmowie zauważyłem, że był bardzo otwarty na świat duchowy szczególnie jak mówił o swoim doświadczaniu Boga w kiedy jest w kościołach. Pytał mnie też jak ja przeżywam swoją relację do Boga. Dzieliłem się swoim życiem z Ojcem, Synem, Duchem Świętym. Kiedy powiedziałem mu o mojej relacji z Jezusem, powiedział: „Wiesz, chyba też chciałbym aby Jezus był dla mnie kimś tak bliskim” kiedy zachęciłem go, że może już teraz w taką relację wejść powiedział: „Jeszcze nie chcę, nie teraz, jeszcze chyba nie jestem jeszcze gotowy”. Nie nalegałem i nie starałem się na siłę przekonywać że już, że teraz… Jakoś tak wyczułem, że chyba będzie miał swój czas… Na drugi dzień jedna z dziewczyn która była obecna przy tej rozmowie powiedziała, że Bartek był później na naszej wieczornej Eucharystii, bardzo się ucieszyłem. Nie wiem czy tam już odnalazł Jezusa i oddał Mu swoje życie. Będę się modlił aby tak się stało…


Szukam drogi wyjścia z labiryntu życia…” [Evident]

Chciałbym jeszcze napisać o dwóch ważnych spotkaniach i rozmowach. Do pierwszej z nich też zostałem zaproszony. Chłopak miał na imię Gustaw, jak później się dowiedziałem to był osiemnastolatek ale wyglądał na ponad 25 – był już zniszczony życiem… Gustawowi też już ktoś z PJ dzień wcześniej głosił Dobrą Nowinę – miał na drugi dzień przyjść do spowiedzi. Przyszedł ale nie znalazł umówionego księdza więc odszedł – wrócił wieczorem już trochę napity… Gustaw nie mógł uwierzyć że Bóg go kocha, mówił: „Bóg mnie nienawidzi…” i wskazywał na bluzę satanistycznego zespołu KAT, którą miał na sobie. Gustaw nie doświadczył miłości w rodzinie. Trudno mu było przyjąć prawdę o miłości Bożej względem niego…

Po dłuższej chwili rozmowy zaprosiliśmy Gustawa do modlitwy pod krzyżem. Trudno mu było modlić przed „martwym przedmiotem”, więc ostatecznie pomodliliśmy się wspólnie z nim stojąc w kręgu. Kiedy patrzyłem na Gustawa w czasie modlitwy zobaczyłem na jego twarzy wielkie pragnienie wyzwolenia i zrozumiałem lepiej co to znaczy że szatan chce zniewalać człowieka m.in. wpajając mu fałszywy obraz Boga (Gustaw nie potrafił przyjąć tej prawdy, że Bóg chce mu to wszelkie zło przebaczyć…). Na szczęście do nie do niego należy ostatnie słowo… Przed naszą modlitwą Gustaw powiedział, że nazajutrz będzie chciał przyjść do spowiedzi… Czy przyszedł? Tego już nie wiem…

Chcę jeszcze napisać o Piotrku. Była już późna pora a on kręcił się już jakiś czas na naszym placu podnosi krzyżem – ktoś od naszych z nim rozmawiał… Chodził trochę bez celu. W końcu zaczepił mnie i poprosił aby go nauczył wierzyć. Zobaczyłem, że jest dość napity i miałem opory czy zaczynać rozmowę,ale postanowiłem kontynuować nauczony ubiegłorocznym doświadczeniem. Piotrek, bo tak mu było na imię, był młody miał tylko 17 lat. W ciągu ok. 2 lat przeżył śmierć dwojga dziadków (po szczegółach rozmowy wynikało, że był bardzo z nimi zżyty i był zrozpaczony ich odejściem). Doświadczył także kuzyna, który jak twierdził utopił się po przedawkowaniu (miał tylko 21 lat…). Piotrek nie mógł sobie z tym poradzić: „wszędzie tylko śmieć!” – mówił zrozpaczony. Nie umiał sobie poradzić ze swoim piciem i innymi grzechami… Sprawiły one, że stracił poczucie własnej wartości („jestem nic nie warty!” – kolejne kłamstwo diabła…). Po długiej rozmowie (w trakcie której chyba trochę otrzeźwiał) i próbie przybliżenia mu Jezusa – zgodził się pomodlić i zaprosić Jezusa do swojego życia (jemu też było trudno uwierzyć w miłosierdzie Jezusa). Uklęknęliśmy więc wspólnie pod krzyżem i poprosiłem go aby za mną powtarzał słowa modlitwy. Później jeszcze pomodliliśmy się nad nim z jednym z księży należących do naszej grupy. Zaprosiłem go, aby jutro tu wrócił aby dopełnić to wydarzenie w sakramencie pojednania. Nie gwarantował, nie był pewny… Bał się, czy znowu się nie upije… Nie wiem, czy ostatecznie przyszedł nazajutrz, ale ufam, że modlitwa oddania swojego życia Jezusowi przyniesie owoc wiary w swoim czasie…


Oczywiście opisane tu spotkania osób to nie są jedne spotkania tego czasu. Było ich więcej, może pozostałe nie utkwiły mi aż tak w sercu, ale też były ważne…

Rozmowa z Tomkiem, który buntując się na umieranie kogoś mu bliskiego, pytał czy można życie tej kochanej osoby ocalić przez wymianę na innych 10 żyć osób które wg. niego nie mają już po co być na ziemi. Odszedł smutny i zamknięty w sobie, bo dowiedział się, że u Bóg nie jest kimś kogo można przekupić niczym krwiożercze bóstwo pogańskie żądające ofiary z życia ludzi…

Marta, która pytała czy bulimia jest grzechem oraz jej chłopak, który poszedł do spowiedzi ale wszystkiego nie żałował więc otrzymał tylko błogosławieństwo… Rozmowa z Elą, która mimo niemożliwej pory (3 rano!) chciała rozmawiać o Jezusie a także z Marysią, która uciekała od prawdy – negowała wszystko wierząc w taką własną „bozię” która była dla niej wygodna… To i tak oczywiście nie wszyscy spotkani…


Tu serce me, szczęśliwe jest, w Twej obecności… lepszy jeden dzień w przedsionkach Twych, niż tysiąc innych!

Bycie na PJ to nie tylko głoszenie wśród tych co Jezusa nie spotkali, to również bycie we wspólnocie braci i sióstr z którymi razem staraliśmy się nieść Chrystusa innym… Przez te lata bycia na PJ też wytworzyły się między nami bardzo dobre więzi i mimo że widzimy się z niektórymi tylko raz w roku to naprawdę są to bardzo dobre przyjaźnie… Czasem mały gest dobroci, dobre słowo to wszystko pomaga nam wspólnie być i doświadczać daru jedności w Duchu Świętym (a tak przy okazji: ukłony w strony Wiesia z Warszawy, który oszczędził mi 5 km drałowania pieszo w kropiącym deszczu na pole o północy, pomimo swojego zmęczenia i zmiany swoich planów, sam zaproponował mi że mnie podrzuci na pole ;)).

Ks. Andrzej Draguła w wywiadzie udzielonym ekipie medialnej PJ (można go odsłuchać na stronach PJ) powiedział pół żartem-pół serio, że nawet gdyby już nie organizowano Przystanku Woodstock to i tak chyba trzeba by organizować Przystanek Jezus. I coś w tym jest, bo rzeczywistość Przystanku ma dwa oblicza: ad intra i ad extra (mówiąc tak ładnie i łaciną teologiczną ;) ) – czyli zewnętrzne i wewnętrzne. O tym pierwszym już starałem się napisać, teraz czas na drugi wymiar naszego bycia wspólnotą.

W całej wspólnocie ewangelizatorów „Przystanku Jezus” Duch Święty z wielką hojnością rozlewa swoje dary… Jeden z moich „ojców” w wierze (Sługa Boży ks. Franciszek Blachnicki) mawiał, że Duch Święty tam rozlewa szczególnie swoje charyzmaty, również te nadzwyczajne, gdzie jest wielkie zapotrzebowanie na poznanie i doświadczenie żywego Boga. Mawiał też, że wśród młodych naszej epoki jest to szczególne potrzebne. I z perspektywy tych trzech Przystanków na których byłem coraz głębiej widzę jak prawdziwe są te stwierdzenia.

Moja wiara i więź z Jezusem zawsze doznają ożywienia i odświeżenia w czasie tych kilku dni… Choć jest to też czasem odkrywania swojej grzeszności i tego jak mało jest we mnie miłości – i otwarcia się na tą miłość którą przynosi Jezus – i to też jest dla mnie wielkim błogosławieństwem. „Poznacie prawdę a prawda was wyzwoli”[J 8,32] – mówi Jezus…

…a uczniów napełniało wesele i Duch Święty” [Dz 13,52]

Chyba każdemu kto był na PJ w sercu zostają Eucharystie tam sprawowane, szczególnie kiedy już trwa ewangelizacja. Dla mnie są one zawsze jak powrót do domu po ciężkiej pracy. Te wielkie uwielbienia Pana w śpiewie, tańcu… Na długo pozostanie mi w sercu sobotnia Eucharystia z bardzo długim uwielbieniem po Komunii z modlitwą wstawienniczą za braci i siostry, którzy mieli takie pragnienie a także te Słowo Poznania, które Bóg mówił przez ks. Roberta Patro (jednego z „dowódców” na PJ), o tym z jak gorącą miłością Bóg czeka na nas w swoim Domu, na łąkach Jego obietnic…

Końcowa Eucharystia w niedzielne przedpołudnie jest zawsze taką niesamowitą kulminacją – mówieniem przez Jezusa: Amen! – Bogu na chwałę.[por. 2 Kor 1,20] I doświadczeniem wielkiej radości o której jest mowa w powyższym podtytule z Dziejów Apostolskich. I wiemy, że nigdy Jezusowi nie oddamy należytej czci w darze Jego dotknięcia naszych serc i olśnienia nas „jasnością poznania chwały Bożej na obliczu Chrystusa” [2 Kor 4,6]. Jak się tym ucieszyć? Tak jak pokazują psalmy: pieśnią, tańcem, wśród radosnych okrzyków!

Dlatego ostatnia pieśń uwielbienia śpiewana na PJ brzmiała tak:

Po co mi Panie pieniądze i złoto, to dziś dla mnie puste słowa

Bo Ty umarłeś i zmartwychwstałeś po to abym zaczął żyć od nowa!

Chociaż jestem ciężki od grzechów, Ty jak piórko dźwigasz mnie.

Kochaszmnie na wieki wieków.

Nigdyo mnie nie zapominasz!

Dzięki Jezu! Dzięki, że w mym życiu się zjawiłeś!

Dzięki Jezu! Że tak bardzo kochasz mnie!

Dzięki Jezu! Wiem że kochasz mnie, bo mnie zbawiłeś.

Dzięki Jezu! Pokonałeś we mnie śmierć.

I dam wam pasterzy według mego serca, by was paśli rozsądnie i roztropnie.” [Jr 3,15]

 

 

W tej relacji chciałbym na koniec napisać o jeszcze jednej osobie, od której przez lata wiele się nauczyłem… Chodzi o ks. bpa Edwarda Dajczaka. Od mojego pierwszego PJ jego osoba i postać są dla mnie wielkim świadectwem. Szczególnie jego prostota i pokora, wieka radość i ukazywanie prawdziwego oblicza miłującego Jezusa, o którym ksiądz biskup nie boi się mówić powołując się na bardzo bliską relację z Nim. Te jego zapewnienia: „z roku na rok coraz bardziej was kocham…” i łzy, które się wtedy w jego oczach pojawiają… Dla mnie to wielkie świadectwo. Kiedy w tym roku mogłem raz być w służbie liturgicznej i klęczeć blisko ołtarza, zobaczyłem z jak wielką miłością ksiądz biskup podnosi Ciało i Krew Jezusa przy konsekracji… Wielkie świadectwo… A on i tak zawsze kiedy mu na końcu klaszczemy aby podziękować, przypomni nam: „na Przystanku obowiązuje jedna zasada: wszystkie brawa dla Jezusa!” Na każdym Przystanku biskup Edward cytuje słowa Sługi Bożego, jednego z biskupów tamtejszej diecezji, który mawiał, że musimy mieć wyraźnie wypisanego Jezusa, na twarzach, na rękach, na sercu tak aby ci, którzy nigdy nie wezmą do ręki księgi Ewangelii mogli go w nas rozpoznać… I nim to nam powie to cały czas doświadczamy realizacji tego wskazania w jego osobie…

 

Tak mówcie i wy, gdy uczynicie wszystko, co wam polecono: Słudzy nieużyteczni jesteśmy; wykonaliśmy to, co powinniśmy wykonać.”[Łk 17,10]

Takie były ostatnie nasze wspólnie wyrecytowane słowa, tak zawsze kończy się Przystanek Jezus. To bardzo dobrze ustawia nasze „ja”. Bo my nie robimy nic nadzwyczajnego – tego domaga się miłość do Jezusa i przekazana nam przez innych świadków Ewangelia o zbawieniu i życiu wiecznym w Nim. Ufam, że mimo naszego grzechu, niewierności i niegodności udało nam się choć w jakiejś części to zadanie wypełnić, a na pewno wspomagała nas w tym swoją potężną obecnością i wstawiennictwem Maryja, Gwiazda Nowej Ewangelizacji…

 

…jedynemu Bogu, Zbawcy naszemu przez Jezusa Chrystusa,

Pana naszego, chwała, majestat, moc i władza

przed wszystkimi wiekami i teraz, i na wszystkie wieki! Amen.”

[Jud 1,25]

 Pieniężno, 22 sierpnia A.D. 2005,

we wspomnienie Najświętszej Maryi Panny Królowej

(863)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *