Pragnę

O pustyni i upadku murów Jerycha. 

Kolejny raz ruszamy w podróż. I jak kolejny raz podzielę się kilkoma zdaniami refleksji na początku Wielkiego Postu 2009.

Każdy taki czas jakoś napawa mnie lękiem i nadzieją.


Lękiem, bo nieco chyba boję się Boga wpuścić w pewne obszary mnie, które podświadomie czuję, że chciałby dotykać ale jednak ja wolałbym dla siebie zachowywać prawa ingerowania i zmiany tych obszarów mojego serca. Lęk ten też dotyczy wyjścia na pustynie, bo wiem że Bóg chce tam działać – bo Post to pustynia, to odczuwanie braku.

Ten czas napawa mnie także nadzieją, nadzieją na szczególne działanie Ducha w tym czasie, szczególny czas poznawania Boga, odkrywania Go w faktach mojego życia i życia tych wśród których przebywam, bądź tych którzy są blisko mojego serca… Fakty te nie zawsze są różane a niejednokrotnie cierniste. Przeczuwam jednak, że Duch i o nich chce mnie pouczać, ich chce dotykać.

Kiedy myślę o tegorocznym Wielkim Poście – to już od kilku dni Duch Święty wzbudza mi w sercu słowo „Pragnę…”

Do tego „pragnę” zbliżać się będziemy przez te 40 dni aby w Wielki Piątek usłyszeć je z ust Jezusa konającego na Krzyżu – będziemy bezradni a może nieco zawstydzeni kiedy będziemy dotykać tej tajemnicy Piątkowej (o ile oczywiście w ogóle będziemy jej dotykać – ale to już zależy tylko od tego czy wejdziemy sercem w czas postnej drogi).

On pragnie… Czego? Czego On pragnie dla mnie? Dla Bartka żyjącego w 27 roku swojego życia, obecnie w Irlandii i kończącego studia medialne i mającego głowę pełną planów i projektów, w którego życiu dokonuje się także wiele niezrozumiałych historii… I czego pragnie ten Bartek, jakie są jego najgłębsze pragnienia jego serca i gdzie szuka ich zaspokojenia…?

Te dwie perspektywy pytań: Jezusowa i moja będą mi towarzyszyć w tym Poście. Może i Ty chcesz w tym czasie te perspektywy odnieść do własnego życia: Jezusową i Twoją? Zachęcam Cię do uczynienia odważnego kroku i zadania sobie tych pytań, nawet jeśli i Ty masz w sercu lęk pomieszany z nadzieją.

A więc wyjdźmy na pustynię – bo tam się odczuwa pragnienia najmocniej…

Kiedy myślałem o tym wpisie i towarzyszącym mu temacie pragnienia i pustyni, natknąłem się na piękny kawałek uwielbieniowy australijskiego kościoła „Hillsong”. Utwór nosi nazwę „Pieśń pustnii” „The Desert Song”. I mówi właśnie o głodzie pragnieniu, ale i o radości stałych powodach do uwielbiania.

Powodach do uwielbiania? A za co?! – zapytasz może. Tyle ludzi zmaga się z cierpieniem i śmiercią – i wielu ich doświadcza. Obu boimy się i ja i Ty. Zaprzeczysz? Tylu z nas żyje w wewnętrznym smutku.


Czy piszący tę pieśń tego nie doświadczył w swoim życiu? – oczywiście że tak. A jednak pieśń mówi w refrenie „chcę wznieść uwielbienie!” oraz „ciągle mam powód by uwielbiać”. Banał? Piękna kościelna „słodko-pięrdząca” (przepraszam wrażliwszych czytelników) parafraza?!

Bynajmniej. Na 3 dni przed nagraniem tego materiału (który do obejrzenia poniżej) Jill – jedna z prowadzących to uwielbienie – wyszła ze szpitala w którym umarł Max –  jej pierworodny syn – był wcześniakiem, ale nie udało się go uratować. Mimo cierpienia (tu kobiety i matki mogą to odczuć o wiele bardziej niż ja piszący te słowa) Jill odczuła, że poprowadzi to uwielbienie i po 3 dniach stanęła przed tysiącami ludzi, modląc się, uwielbiając i doświadczając mocy i miłości Boga. To znak przemiany serca przez zwycięstwo Jezusa…

         A my dziś szczególny czas na  drodze tej przemiany zaczynamy. Oby zaowocował za 40 dni podobnym wyśpiewaniem Bogu chwały sercem, uspokojonym bo utulonym miłością Trójjedynego Boga – przebite serce, zniszczone ciało, odarta do nicości ludzka postać Jezusa to wyraz wypełnienia Jego pragnienia przyniesienia nam tego Daru.

         A więc ruszajmy!

 

(574)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *