Opowieść wigilijna

O różnych Narodzeniach…
Dublin, 24.12.A.D.2008

(Mam świadomość, że większość przeczyta ten wpis po świętach – ale nie szkodzi, chciałem aby był umieszczony dziś)

„Święta, święta…”  no i jeszcze nie po świętach – ale nie raz już chyba zdarzało nam się, że one mignęły nam niepostrzeżenie. Wiele na pewno zależy od tego na co przygotowywałem się ja i Ty – czytający te słowa.

Adwent spędzałem z książeczką Richarda Rohra, franciszkanina założyciela wspólnoty w Nowym Meksyku (łączącej kontemplację z czynnym życiem), którego to słowa i refleksje prowadziły mnie w różnych momentach tego oczekującego czasu.
A My znów czekamy na Narodzenie… Bardzo spodobała mi się myśl Richarda o „Dziecięcym/Dziecinnym Chrześcijaństwie” (można przetłumaczyć na wiele sposobów „Baby-Christiatnity” tak to brzmi w oryginalne). Zauważył on, że jako chrześcijanie bardzo skupiamy się tylko na wydarzeniu narodzin niemowlęcia-Jezusa w Betlejem i to często zamyka nam oczy na to co Jezus Chrystus przez swoje narodziny zapoczątkował – nowy Świat, Wszechświat… A przede wszystkim nowy Wszechświat naszego życia, tego które i ja i Ty przeżywamy najgłębiej w nas samych. Ten nasz mały wszechświat to także relacje z drugimi w jakich żyjemy.

Myślę też, że jest także inny sposób, w jaki Jezus chce się ciągle rodzić – w relacjach. Ileż relacji w naszym życiu pogrzebaliśmy, ile zostało historii nie zamkniętych, niedopowiedzianych, w ile relacji nie wpuszczaliśmy Jezusa – „nie mieszając Go” w te sprawy. Nie wszystkie relacje z drugimi w życiu da się wyjaśnić, i zamknąć jak ostatni rozdział w książce – niekiedy tak po ludzku mogą one pozostać na zawsze niedopowiedziane – ale Jezus i tak może się w nich narodzić. Jak? Kiedy pozwolisz Mu pojednać te relacje w Tobie. Kiedy serce Cię już kłuć nie będzie, pojawi się cichy pokój , że mimo nierozwiązanych spraw coś w Twoim sercu się zmieniło. Wierzę, że każde święta Narodzenia to taka okazja – taka szczególna łaska Jezusa. Chyba dość dobrze nasi przodkowie rozumieli to, kiedy ukształtowali tradycję Wigilii. Przecież w niej wcale nie chodzi o 12 potraw i karpia…

Takiego narodzenia i Tobie życzę,  Czytający te słowa.

No i miała być opowieść wigilijna – to niech będzie…

24 grudnia roku 2007

W nieco jeszcze obcej rzeczywistości tłocznego Dublina, z nie do końca jeszcze wyszlifowanym angielskim nadeszły święta Bożego Narodzenia.

Minął poranek, potem Eucharystia u Jezuitów taka wczesnym popołudniem kończąca Adwentowe czuwanie, kilka osób, prosta rozmowa, a potem każdy rozszedł się do domów przygotowywać Wieczerzę. Czekając na autobus musiałem w centrum miasta zmierzyć z galopującym tłumem który zalał ulicę aby na jeszcze przed Świętami zrobić zakupy i to wcale nie spożywcze. Zmęczony tłumem i hukiem w końcu dotarłem do domu, pustego – każdy gdzieś się podział w swoich sprawach- bo wigilia w tej tradycji to żaden szczególny dzień.

Przygotowałem sobie jakiś szybki obiad i jak nigdy zaniosłem go do pokoju gdzie ustawiłem choinkę. Włączyłem sobie kupione kolędy celtyckie i w spokoju jadłem ten obiadzik a myśli i uczucia wiadomo… Tej głębi jaką dała Ci Twoja tradycja oszukać się nie da… To przecież Wigilia…


Po kilku minutach usłyszałem dzwonek do drzwi… Nieco już zdesperowany, zmęczony i wewnętrznie smutny powiedziałem sobie w myślach: „Nigdzie nie idę! Nikomu nie otwieram!” Po chwili kolejny dzwonek – ktoś nie dawał za wygraną. Coś mnie popchnęło i poszedłem na górę otworzyć. Ujrzałem twarz bezdomnego (niekiedy przychodzili po herbatę i kanapkę  – więc to samo w sobie nie było nic dziwnego). Po przywitaniu się, ku mojemu zdumieniu zapytał o jednego z moich współbraci, obecnego prowincjała, musiał więc tu w przeszłości być stałym gościem…

Odpowiedziałem mu, że Brian już tu nie mieszka. Wtedy spokojnie poprosił czy mógłby tylko dostać kubek ciepłej herbaty i kanapkę. Oczywiście nie było to dla mnie żadnym problemem. Przygotowałem mu kanapkę i herbatę – był bardzo wdzięczny… Przemawiała z niego wielka pokora i prostota… Zamieniliśmy kilka zdań a na koniec powiedział mi tylko: „Niech Ci Bóg błogosławi”. Niby nic wielkiego się nie wydarzyło, ale pierwszy raz w pierwszą samotną Wigilię Jezus osobiście do mnie przyszedł… Narodził się na moment w geście wzajemnej dobroci…

Jak widać, cuda się zdarzają, nawet takie małe… Więc niech się w nas rodzi…

(565)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *